Na początku lat 70. świat coraz bardziej uzależniał się od ropy naftowej. Już połowa energii na świecie wytwarzana była z  ropy, z  roku na rok przybywa pojazdów mechanicznych. Nikt nie przejmował się jeszcze kosztami paliwa, stąd samochody spalające 20 litrów na setkę to była norma.

I  nagle, z  dnia na dzień, ten piękny sen przeradza się w  koszmar. 17 października 1973 roku, w  czasie trwania wojny Jom Kippur, arabscy członkowie OPEC zadecydowali wstrzymać handel ropą naftową z  USA i  krajami Europy Zachodniej, popierającymi Izrael w  wojnie z  Egiptem. W  Stanach Zjednoczonych cena baryłki skoczyła o  600 procent do 35 USD, wywołując szok i  niedowierzanie.

Stany Zjednoczone nie są w  stanie reagować. Po eskalacji wojny wietnamskiej następuje spadek pozycji Stanów Zjednoczonych na arenie międzynarodowej. Do tego dochodzą problemy wewnętrzne w  postaci afery Watergate. OPEC triumfuje, uzgadnia nowy mechanizm ustalania cen za ropę naftową w  celu uzyskania większego zysku.
Świat zrozumiał po raz pierwszy jak bardzo jest uzależniony od energii i  jakie znaczenie ma rozsądne jej gospodarowanie. Na dodatek w  latach 1979–1982 ma miejsce drugi kryzys naftowy, będący skutkiem rewolucji irańskiej.

Sytuacja ta zdopingowała świat do poszukiwań nowych złóż i  rozpoczęcia ich eksploatacji. Kryzys naftowy doprowadził również do szukania i  wykorzystania innych alternatywnych źródeł energii. Jednym z  nich była energetyka jądrowa. W  latach 70. następuje szybki rozwój energetyki jądrowej, jednak do czasu. W  wielu państwach został on wstrzymany lub zahamowany po awariach w  Three Mile Island (1979) i  Czarnobylu (1986).

Wydarzenia z  1973 r. powodują, że do łask wraca węgiel.
Edward Gierek, który po wydarzeniach w  1970 r. zastąpił tow. Władysława Gomułkę na stanowisku I  sekretarza KC PZPR, postanowił przeprowadzić modernizację zacofanego kraju. Strategia ekipy Gierka była dość prosta: trzeba zaciągnąć wielkie kredyty, kupić zachodnią technologię. Nowoczesne linie produkcyjne miały wytwarzać towary, które podbiją rynki i  spłacą długi.
PRL nabyła ok. 300 licencji na różne urządzenia. Po ich wyprodukowaniu należało jak najwięcej sprzedać za dewizy. Niestety, rzeczywistość okazała się inna niż chciałyby tego władze PRL. Poza nielicznymi produktami jak Fiat 126p nie udało nam się podbić rynków zachodnich.

„Wyroby oparte na licencjach zagranicznych są eksportowane w  2 proc., więc nie ma szans, żeby licencje się spłaciły” – informowali Edwarda Gierka jesienią 1976 r. członkowie specjalnego zespołu doradczego. Brak dewiz groził zapaścią całej gospodarce.
W  tej sytuacji jeszcze większym obciążeniem okazywał się eksport do ZSRR. Za dolara Związek Radziecki płacił 0,65 rubla transferowego, kupując w  Polsce nowoczesne maszyny, których wytworzenie wymagało sprowadzenia z  Zachodu podzespołów za dewizy.

Brak dewiz, czyli twardej waluty powodował poszukiwanie nowych sposobów ich pozyskiwania takich jak tzw. eksport wewnętrzny, co oznaczało pojawienie się sklepów Pewex, gdzie za dewizy można było zakupić luksusowe, zagraniczne dobra.
Jednak w  efekcie to znów węgiel i  inne surowce okazywały się kołem ratunkowym ówczesnej polskiej gospodarki.

Polsce potrzebne były dewizy na spłatę długów, władza nakazywała: węgla trzeba eksportować coraz więcej. Koniunktura sprzyja. Na rynkach światowych, pogrążonych w  kryzysie naftowym zaczyna panować „polski król węgiel”.

Wdziera się na chroniony przed importem tego surowca teren Stanów Zjednoczonych. „The New York Times” ogłasza: „Polski statek wiozący węgiel przybił do nabrzeży Fall River w  Massachusetts, zapisując nowy rozdział w  historii handlu. Po raz pierwszy Stany Zjednoczone, które posiadają największe zasoby węgla kamiennego na świecie sprowadziły to paliwo zza morza. Węgiel, który trafi do elektrowni w  Somerset, został załadowany na statek w  Gdyni. To zapowiedź importu z  tego komunistycznego kraju, który do 1976 roku zamierza przysyłać do amerykańskich portów pięć mln ton węgla rocznie. Stanisław Zając, attachee ekonomiczny polskiej ambasady powiedział, że drugi transport z  20 tys. ton jest już w  drodze, a  trzeci z  35 tys. ton przypłynie do USA w  połowie stycznia 1974 roku. Polska może eksportować węgiel do Stanów, ponieważ skutecznie rywalizuje z  amerykańskimi producentami ceną i  jakością. Polski węgiel jeszcze dwa miesiące temu kosztował 15 dolarów za tonę, teraz z  powodu kryzysu naftowego ceny wzrosły do 20 dolarów za tonę”.

Węglokoks w  latach 70. staje się największą w  świecie firmą handlującą węglem, a  także koksem, którego sprzedaje zagranicą ok. 2 mln ton. Zwyżkowy trend w  eksporcie węgla kamiennego utrzymuje się przez cały okres lat siedemdziesiątych i  w  roku 1979 jego wysyłki zrealizowane przez Węglokoks po raz pierwszy przekroczyły poziom 40 mln ton. Pod koniec dekady wydobycie węgla kamiennego w  Polsce przekroczyło 200 mln ton.

Dziesiątki milionów ton węgla, które trzeba było dostarczyć na czas do zagranicznych kontrahentów było szczególnym wyzwaniem dla działu transportu, który w  tym czasie posiadał już wyspecjalizowane komórki koordynacji, frachtowania, stemowania i  transportu lądowego. Już na początku lat 70. średnia ilość wagonów kolejowych, załadowywanych węglem eksportowym wynosiła miesięcznie 85 tys., a  ilość statków ładowanych w  ciągu miesiąca oscylowała w  granicach 300. Z  każdym rokiem wielkości tych przybywało.

Funkcję spedytora węgla w  polskich portach spełniały Delegatury Morskie Węglokoksu w  Gdańsku i  Szczecinie, dysponujące własnymi placówkami bezpośrednio na nabrzeżach załadowczych.

Węglokoks był w  tym czasie wyposażony w  olbrzymią wewnętrzną sieć telefoniczną. Miało ją wyłącznie górnictwo i  nie można było z  niej wyjść na zewnątrz. Jako jedna z  niewielu firm był także podłączony do wewnętrznej sieci kolejowej, bo trzeba było kontrolować „potok” wagonów kolejowych. Węglokoks miał jeszcze jeden atut telefoniczny – tzw. WCZ, czyli telefon wysokiej częstotliwości. Stał w  gabinecie dyrektora, był to telefon rządowy. Władza chciała trzymać rękę na pulsie.


Przejdź do następnego artykułu >>

media